TERAZ REALIZOWANE
repertuarWarsztaty teatralneTeatr Chrząszcz w trzcinie
<< Grudzień 2017 >>
PnWtŚrCzPtSoNd
 123
45678910
11121314151617
18192021222324
25262728293031
PANEL UŻYTKOWNIKA
NEWSLETTER

Zapisz się

zapisz wypisz

NASZE STACJE
INSTYTUCJE
PRASA
MEDIA
UNDERGROUND RAILROAD
INNI PRZEWOŹNICY
SPONSORZY

Strona główna / Aktualności

rozmiar tekstu: A A A
Obok mainstreamu. Plastic Bag.
2013-03-05 16:20:47
Powiększ
Z Jackiem Bieleńskim, liderem Plastik Bag rozmawia Mateusz Sidor.

Zespół powstał w 1991 roku w Łodzi. Od początku działalności muzycy poszukiwali nowych brzmień i środków wyrazu rozpiętych między rockiem a jazzem. Interesowała ich oryginalna warstwa tekstowa. Zespół nagrał trzy płyty, z czego tylko jedna – wydana w 2008 roku Bielas & Plastic Bag – weszła na rynek, a niektórzy krytycy muzyczni typowali ją na jedną z najlepszych płyt sezonu. Formacja uważała swoją pracę za działanie niekomercyjne, na granicy muzycznego eksperymentu i performance’u. Awangardowy charakter Plastic Bag zyskał dzięki osobowości wokalisty i tekściarza Jacka Bieleńskiego. Teksty piosenek jego autorstwa, czasem pure nonsensowne, często obsceniczne, ale literacko niezwykle oryginalne, sprawiły, że muzyka Plastic Bag kojarzona jest z knajacką balladą i protest songiem, ironicznie i dosadnie opisującym rzeczywistość. Bezkompromisowość zespołu sprawiła, że w 2003 roku, po występie na Festiwalu Dialogu Czterech Kultur, otrzymali zakaz grania na łódzkich imprezach plenerowych.

Pierwszy koncert Plastic Bag zagrał w nocy z 15 na 16 lipca 1991 roku w Pałacyku Zielińskich w Kielcach, z którym związany był Włodzimierz Kiniorski. W 1993 roku zespół nagrał, jeszcze na nośniku magnetycznym, kasetę pod tytułem Komercja, którą sprzedawano podczas koncertów. Następnie powstał krążek Czeska laleczka, który jednak nie trafił do sprzedaży. Trzon zespołu stanowili: Jacek Bieleński, Dariusz Adryańczyk z punkowego zespołu Moskwa, wirtuoz gitary Przemysław Greger, Andrzej Rajski, trębacz Antoni Gralak, saksofonista i perkusista Włodzimierz Kiniorski. Skład współpracował z wieloma wybitnymi polskimi instrumentalistami. W chórkach pojawiała się Grażyna Trela, Justyna Steczkowska czy Magda Urbańczyk. Plastic Bag grał między innymi z Alkiem Koreckim, Mateuszem Pospieszalskim, Jurkiem Mazzollem, Locko Richterem.

Z Jackiem Bieleńskim, liderem Plastik Bag rozmawia Mateusz Sidor

Jakie były muzyczne początki autora ambitnych tekstów?

 

– Włodzimierz Kiniorski, w ramach założonej przez siebie pracowni artystycznej „Paf”, zaprosił mnie w 1986 roku do Teatru im. S. I. Witkiewicza w Zakopanem, bym napisał teksty do muzyki nieco dadaistycznego spektaklu Cabaret Voltaire. Utwory mieliśmy zagrać na scenie. Przez tydzień pracowaliśmy w teatrze nad materiałem. Spektakl odniósł wielki sukces, na premierze mieliśmy cztery godziny bisów, do dzisiaj nucą w teatrze nasze piosenki. Zagraliśmy wtedy parę spektakli, ale potem nasze drogi z Kiniorskim się rozeszły. Wówczas zajmowałem się głównie pisaniem scenariuszy, grać na żadnym instrumencie właściwie nie umiałem. W Łodzi trafiłem na Dariusza Adryańczyka, zwanego „Balonem”, z zespołu Moskwa, który podszkolił mnie w graniu na gitarze. Od początku traktowałem to moje granie jako zjawisko z pogranicza teatru, muzyki i literatury. Chciałem opowiedzieć moje teksty przy pomocy odpowiedniej muzyki, nie za grzecznej, „wolnościowej”.

Wtedy jeszcze nie graliście pod nazwą Plastic Bag.

 

– Po jakimś czasie Teatr Witkacego gościł w Łodzi i jego dyrektor Andrzej Dziuk, w zamian za wprowadzenie kilku osób na spektakl, poprosił mnie o zagranie koncertu solowego. A potem padła propozycja całego tournee po Polsce ze spektaklem. Poprosiłem Darka Adryańczyka, wtedy już byłego muzyka Moskwy, żeby pojechał ze mną. Podczas jednego z przystanków, gdzieś w Polsce, przyszła do nas kobieta, którą „Balon” wyrzucił, bo rygorystycznie odnosił się do obecności osób trzecich na próbach. Okazało się, że ta osoba organizowała pierwszą edycję Yach Film Festiwal, na który chciała nas zaprosić i jeszcze za to zapłacić. Potem chyba nigdy nie zarobiłem jednorazowo takich pieniędzy. Mieliśmy jednak tylko pięć piosenek ze spektaklu, ja nigdy nie występowałem na prawdziwej scenie koncertowej, byłem muzycznym adeptem. Przetrzymać godzinę z widownią to było wyzwanie. W ten sposób stworzył się zespół.

- Gdzie znalazłeś inspirację dla nazwy zespołu?

– W maju 1991 roku dowiedziałem się od reżysera Adka Drabińskiego o śmierci Jerzego Kosińskiego, który w młodości był przyjacielem mojej matki. Kiedy usłyszałem, że pisarz zabił się przy pomocy plastikowej torebki, stwierdziłem, że Plastic Bag to dobra nazwa dla zespołu. Nie chodziło o hołd dla Kosińskiego. Była to dla mnie nazwa prowokująca. Plastikowa torebka stanowiła znak czasów, zwracała uwagę na takie sprawy jak śmierć, jak ekologia. To również dość absurdalny przedmiot, do którego pakuje się nieboszczyków, ale też zakupy w supermarkecie. Ulotna trwałość torebki, tylko od sklepu do domu i trzy tysiące lat rozkładu…

- Na początku zespół składał się z muzyka i tekściarza.

– „Balon” pewnego razu na próbę zaprosił gitarzystę Przemysława Gregera ze znanego wówczas łódzkiego zespołu Kwarcowy Ogórek. Greger przyszedł i wypatrzył stojące u mnie od dawna banjo. Wydobywał z niego niesamowite brzmienia. Po paru sesjach stwierdził, że dołącza do nas i rozstał się z Kwarcowym Ogórkiem. Był muzykiem jazzowym, ja w ogóle zaczynałem uczyć się grać, „Balon” był punkowcem, stanowiliśmy więc dość barwną grupą. Muzycznie chcieliśmy iść poza jazz i rock.

Kiedy nasze trio usłyszał Włodzimierz Kiniorski powiedział: No nie wygłupiajmy siępanowie, jestem z wami w zespole. Później poznał nas Antoni Gralak, świetny trębacz, współtwórca niszowych, ambitnych zespołów, ale i współpracownik gwiazd: Justyny Steczkowskiej, Macieja Maleńczuka czy Stanisława Soyki. Również do nas dołączył. Było dla mnie niespodzianką, że taka postać interesuje się naszym twórczym eksperymentem. Ale Gralak miał jeden warunek, chciał grać na gitarze basowej, bo, jak mówił, nigdy tego jeszcze nie robił. Od razu też zaproponował nam nagranie w jego profesjonalnym studio muzycznym.

- Plastic Bag gra od 20 lat i wydał jedynie trzy płyty.

– Nie żyliśmy wizjami rockendrolowców, że za chwilę będziemy sławni, zarabiali mnóstwo pieniędzy i mieli masę fanek. Jednak dużo wieczorów poświęciliśmy na rozmowach jak wejść w szerszy obieg. W tym okresie spotkałem, w nieistniejącym już klubie „DaDa” w Łodzi, prywatnego przedsiębiorcę, który chciał zostać naszym menadżerem. Już po paru miesiącach zadzwonił do mnie z propozycją nagrania płyty. Wybraliśmy najdroższe studio i najlepszych realizatorów dźwięku i on za to wszystko zapłacił. Tak powstała muzycznie bardzo dobra płyta Czeska laleczka. Chwalą ją również audiofile za jakość nagrania, a podręczniki akademickie podają jako przykład perfekcyjnej realizacji studyjnej. Starałem się zainteresować płytą TVP, ale ówczesna szefowa Dwójki Nina Terentiew z żalem powiedziała mi, że tego rodzaju muzyki nie da rady wylansować. To samo było w radio. Jeden z producentów muzycznych powiedział, że nie wie jak ją promować, bo nasza muzyka nie mieści się w żadnym gatunku.

- Przebicie się do szerszej publiczności nie było dla was tak istotne?

– Bardzo ważne dla Plastic Bag było to, że byliśmy jak rodzina i nie nastawiliśmy się na zarabianie. Na początku faktycznie wiązaliśmy z zespołem poważne plany, ale szybko się okazało, że nasze teksty nie przysporzą nam masowego odbiorcy. Może hip-hop zrobiłby z nich popularne utwory.

Czeska laleczka została nagrana, ale nigdy nie weszła na rynek. Zdarzało się jedynie, że zabieraliśmy same płyty z muzyką, okładki do nich rysowaliśmy sami i sprzedawaliśmy po koncercie. Powstały setki unikatowych, ręcznie wykonanych płyt. Krążek rozszedł się po całej Polsce, sobie znanymi ścieżkami. Graliśmy raz częściej, raz rzadziej, a ja cieszyłem się, że mogę pracować z tak świetnymi muzykami.

Czy dla Plastic Bag miasto, w którym zespół powstał i gra, jest nadal inspirujące?

– Moje teksty na pewno nawiązują do łódzkich klimatów, zawieram w nich nasze napięcia, dyskusje, autentyczne historie z ulic i barów, bo tu żyję i piszę. Koncerty jednak graliśmy częściej poza Łodzią. „Kupiły” nas wymagające krakowskie kluby, ale i Łódź nas polubiła. Pierwszy łódzki koncert graliśmy w Klubie Plastyka. Później nawet zaprzyjaźniliśmy się z klubami punkowymi, na przykład kultowym „Czenko” przy alei Kościuszki. Na łódzkich scenach miałem większą tremę, bo na koncerty przychodzili w większości sami znajomi, którzy nie kojarzyli mnie z muzyką. Poza tym nie piszę tak szybko nowych piosenek, wolę parę miesięcy popracować nad tekstem.

- Twoje teksty określa się jako nazbyt dosadne, a niekiedy nawet wulgarne.

– Kiedy słyszę, że ludzie, słuchając moich kawałków, coś ważnego przy nich przeżyli, to mam poczucie, że moja praca ma sens. W tekstach mówię o sprawach wstydliwych, pokazuję to, co nas krępuje. Niektórych niepublikowanych tekstów, kiedy śpiewam je znajomym, sam się wstydzę, a oni mają kwaśne miny. Liczę jednak na terapeutyczne działanie takiego demaskatorskiego działania.

- Masz również inne plany artystyczne. Jakie?

– Bielas i Marynarze – to moje nowe przedsięwzięcie muzyczne. Mamy parę nowych piosenek, gramy inaczej niż Plastic. W przedsięwzięcie zaangażowani są muzycy z ważnych łódzkich kapel, jak Cool Kids of Death, Agressiva 69, NOT. Skończyliśmy właśnie nagrywanie płyty, która będzie profesjonalnie promowana, bo na tym polu chcemy wyjść z podziemia. Takie granie nazywałem na długo przed Maleńczukiem „schizopopem”, ale kiedy Maciek jej użył, wolę grać i pisać niż nazywać.

Mateusz Sidor

publicysta


Dodane przez: lokomotywa, wyświetleń: 1867


Dodaj komentarz

« powrót

Copyright © www.lokomotywa.org wizyt 1500516 on-line 6
Realizacja: Intellect.pl